✠ VII Piesza Pielgrzymka Tradycji za nami.  Podziel się zdjęciami z drogi
Nauki pielgrzymkowe · Anno Domini 2026

Msza Święta szkołą naszego życia

ks. Kamil Mielniczuk

Droga ofiary – drogą miłości

✠

Kazania i konferencje wygłoszone podczas VII Pieszej Pielgrzymki Tradycji do Sanktuarium Matki Bożej Kębelskiej w Wąwolnicy – 3 października 2026.

Posłuchaj

Nagrania nauk na YouTube

8:48
KazanieMsza Święta szkołą naszego życia
13:19
Konferencja IOffertorium – uczynić całe życie ofiarą
16:48
Konferencja IIKanon – pozwolić się przemienić
20:21
Konferencja IIIKomunia Święta – przyjąć owoc Ofiary

Wszystkie nagrania znajdziesz też na kanale Fundacji Sal Terrae na YouTube.

Msza Święta szkołą naszego życia (kazanie)

Po co właściwie tutaj przyszliśmy? Po co ruszamy na pielgrzymkę? Można przejść wiele kilometrów, zmęczyć się, odmówić wiele różańców, uczestniczyć w pięknej Mszy Świętej, spotkać ludzi podobnie myślących – i wrócić do domu dokładnie takim samym człowiekiem, jakim się przyjechało. A wtedy coś poszło nie tak. Pielgrzymka jest przecież naszym duchowym ćwiczeniem, a jej ostatecznym celem jest jedno: mamy stać się świętsi. Mamy wrócić do domów choć trochę inni: bliżej Pana Boga, bardziej uporządkowani, bardziej rozmodleni, bardziej gotowi do ofiary.

Drogą do świętości jest życie duchowe. I wiemy dobrze, że w Kościele istnieją rozmaite szkoły duchowości: dominikańska, ignacjańska, franciszkańska i wiele innych. Również dzisiaj mamy w Kościele do groma najróżniejszych grup i ruchów: mamy środowiska tradycyjne, Legion Maryi, Rycerstwo Niepokalanej, Akcję Katolicką, Sodalicję Mariańską, Harcerstwo Katolickie itd. mamy też ruchy powstałe po Soborze, Oazę czy wspólnoty charyzmatyczne. Każdy z tych ruchów posiada jakąś swoją specyfikę, coś szczególnie podkreśla i proponuje pewien sposób przeżywania wiary. Problem zaczyna się jednak wtedy, kiedy tę szczególną duchowość bierze się za fundament całego życia chrześcijańskiego.

Błąd ten może dotknąć właściwie każdego ruchu, również tradycyjnego, kiedy zapomina się o fundamencie każdej katolickiej duchowości.

Co bowiem łączy duchowość dominikańską, franciszkańską, ignacjańską, maryjną i wszystkie inne prawdziwie katolickie sposoby życia wiarą? Co musi leżeć pod nimi wszystkimi? Duchowość liturgiczna.

I nie jest to jakiś dodatek dla ludzi szczególnie zainteresowanych rubrykami, starymi mszałami czy historią ceremonii. Ona po prostu musi istnieć w życiu katolika, ponieważ liturgia jest tym, co w życiu Kościoła najważniejsze. Święty Pius X nazywał uczestnictwo w świętych tajemnicach i publicznej modlitwie Kościoła pierwszym i koniecznym źródłem prawdziwego ducha chrześcijańskiego. A więc jeśli naprawdę chcemy być święci, musimy nauczyć się żyć liturgią.

Nasze środowisko, środowisko Tradycji Katolickiej, jest z natury bardzo liturgiczne. I to jest ogromny skarb. Ale musimy pilnować, żeby na zewnętrzności się nie skończyło. Jeżeli chodzę na Mszę Trydencką tylko dlatego, że jest ładna – nic z tego nie będzie. Jeżeli chodzę na nią tylko dlatego, że proboszcz na nowej Mszy robi dziwactwa – nic z tego nie będzie. Jeżeli chodzę na nią tylko po to, żeby spełnić niedzielny obowiązek w bardziej pobożnej atmosferze – również nic z tego nie będzie. Msza tradycyjna ma prowadzić nas znacznie dalej: do życia liturgią, do modlitwy liturgią, do nauczenia się składania ofiary z samego siebie. I właśnie to nazywamy duchowością liturgiczną.

Pięknie się składa, że rozpoczynamy naszą pielgrzymkę w pierwszą sobotę miesiąca, przy ołtarzu Najświętszej Maryi Panny. Msza rozpoczęła się od śpiewu introitu: „Salve, Sancta Parens” – „Witaj, Święta Rodzicielko, któraś wydała na świat Króla, co niebem i ziemią włada na wieki wieków”. A Ewangelia pokaże nam bardzo ważny rys maryjnej duchowości. Kiedy pewna kobieta z tłumu woła do Pana Jezusa: „Błogosławione łono, które Cię nosiło”, On odpowiada: „Raczej ci są błogosławieni, którzy słuchają słowa Bożego i strzegą go”. Maryja jest błogosławiona nie tylko dlatego, że nosiła Chrystusa pod sercem. Jest doskonałym wzorem człowieka, który usłyszał słowo Boga, przyjął je i całe życie według niego ułożył.

I dlatego Najświętsza Maryja Panna jest również doskonałym wzorem tego, o czym będziemy dzisiaj mówić. Ona nie zatrzymała się na pięknym uczuciu religijnym. Usłyszała słowo i odpowiedziała: fiat – niech mi się stanie. Oddała Panu Bogu siebie. Potem trwała przy Ofierze swojego Syna pod Krzyżem. Jej życie było rzeczywiście życiem ofiary i całkowitego oddania.

Właśnie na tę drogę chcemy dzisiaj spojrzeć w naszych konferencjach. Msza Święta sama będzie dla nas nauczycielką. Nie chce aby były to katechezy o Mszy. Chce aby pokazać jak Msza uczy nas życia. Skupimy się na sednie tego czym jest Msza – ofierze

Najpierw przedstawienie ofiary – Offertorium: uczymy się przynosić Panu Bogu nie tylko chleb i wino, ale samych siebie. Potem wypełnienie, przemienienie, Przeistoczenie – Kanon: patrzymy, jak Bóg bierze to, co Mu oddaliśmy, i dokonuje cudu. Wreszcie przyjęcie owoców Ofiary – Komunia Święta: Pan Bóg oddaje nam nieskończenie więcej, niż od nas otrzymał, dając nam samego siebie. I w tych trzech wielkich etapach Mszy kryje się właściwie program całego życia chrześcijańskiego: oddać się Bogu, pozwolić Mu się przemienić i przyjąć Jego dary.

Ale zanim pójdziemy dalej, trzeba wyjaśnić jedno słowo, bo dzisiaj brzmi ono dla wielu ludzi bardzo źle: ofiara.

Kiedy współczesny człowiek słyszy „ofiara”, myśli często o czymś przykrym. Ofiara oznacza rezygnację, cierpienie, stratę, coś nieprzyjemnego. Przecież nawet mówimy „ofiara losu” czy też „kozioł ofiarny”. Czasem można nawet usłyszeć religijnie brzmiące zdanie: „Bóg nie chce ofiary. Bóg chce miłości”. Albo jako parafrazę słów Pisma Świętego: „chcę miłości, a nie krwawej ofiary”.

I jest coś ogromnie smutnego w takim przeciwstawieniu miłości ofierze. Dlaczego? Bo wtedy bardzo łatwo zaczynamy tworzyć własną religię, według własnych wyobrażeń. A nasza prywatna, wymyślona przez nas wiara nigdy nie doprowadzi nas do szczęścia. Trzeba przyjąć wiarę taką, jaką objawił ją Pan Bóg.

Bo czym właściwie jest ofiara?

Pomyślmy o rzeczach zupełnie zwyczajnych. Masz hobby, np. sklejasz modele. Poświęcasz czas aby siedzieć wieczorami, dłubać, babrać się tym klejem. Chłopak jest zakochany w dziewczynie – oddaje jej swój czas, rezygnuje dla niej z własnych planów, wyda pieniądze na kwiatki, czekoladki. Matka czy ojciec wstają do dziecka w środku, wydają dla niego pieniądze, których sami mogliby użyć, poświęcają czas i wygodę. Dlaczego oni wszyscy to robią?

Bo kochają.

Oddaję coś, ponieważ kocham.

I właśnie to jest istotą ofiary.

Ofiara jest miłością wyrażoną w oddaniu.

Dlatego najwyższa forma miłości musi być równocześnie najwyższą formą ofiary. Pan nasz Jezus Chrystus powiedział: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. I dokładnie to uczynił na Krzyżu. Największy akt miłości w dziejach świata był jednocześnie największą Ofiarą.

Dlatego mówienie: „Bóg chce miłości, a nie ofiary” staje się błędem, jeśli rozumiemy przez to, że te dwie rzeczy się wykluczają. Bóg chce ofiary właśnie dlatego, że chce naszej miłości.

Oczywiście nie chce cierpiętnictwa dla samego cierpienia. Nie chce, żeby chrześcijanin chodził wiecznie smutny, szukał bólu i uważał, że im bardziej jest nieszczęśliwy, tym bardziej podoba się Bogu. Nie o to chodzi. Chodzi o ofiarę rozumianą po katolicku: o miłość, która potrafi siebie oddać – Panu Bogu i bliźniemu.

I w tym świetle można właściwie rozumieć słowa: „miłosierdzia chcę, a nie ofiary”. Prorocy przeciwstawiali prawdziwą miłość i posłuszeństwo Bogu pustym, zewnętrznym ofiarom. Nie chodziło o zanegowanie każdej ofiary. Stare krwawe ofiary miały zresztą znaleźć swoje wypełnienie w jedynej doskonałej Ofierze Pana naszego Jezusa Chrystusa. A my mamy się z tą Ofiarą łączyć.

I właśnie tego chcemy się nauczyć podczas tej pielgrzymki.

Nie tylko być na Mszy Świętej, ale żyć Mszą Świętą.

Nie tylko patrzeć, jak kapłan składa Ofiarę, ale nauczyć się przynosić do ołtarza samych siebie.

Nie tylko zachwycić się pięknem liturgii, ale pozwolić, żeby liturgia zmieniła nasze życie.

Dlatego niech ta pierwsza sobota i ta Msza o Najświętszej Maryi Pannie będą dla nas dobrym początkiem. Prośmy Matkę Bożą, Tę, która słuchała słowa Bożego i zachowywała je, aby nauczyła nas własnego fiat.

Żebyśmy podczas tej pielgrzymki nauczyli się mówić Panu Bogu:

„Oto jestem. Oddaję Ci siebie. Zrób ze mną to, czego Ty chcesz”.

Bo od tego zaczyna się prawdziwa duchowość. Od tego zaczyna się duch ofiary. I od tego zaczyna się prawdziwe życie Mszą Świętą.

Offertorium – uczynić całe życie ofiarą

Gdyby ktoś zapytał nas, co przynieśliśmy dzisiaj na Mszę Świętą, pewnie pomyślelibyśmy o różańcu, mszaliku, może o intencji, z którą przyszliśmy. I wszystko by się skupiało na takich tematach związanych z Mszą. Tymczasem podczas Mszy Świętej przychodzi moment, kiedy Kościół stawia nam znacznie poważniejsze pytanie: co przyniosłeś dzisiaj Panu Bogu na ofiarę? Co z własnego życia jesteś gotów położyć na patenie? Co naprawdę jesteś gotów Mu oddać? Na pielgrzymce szybko człowiek odkrywa, że każda rzecz w plecaku ma swoją wagę. To, co rano wydawało się drobiazgiem, po dwudziestu kilometrach waży jak cegła. W życiu duchowym jest podobnie. Niesiemy urazy, własne ambicje, potrzebę postawienia na swoim, dawne pretensje, lęk o przyszłość. I być może pierwszym pytaniem Offertorium nie jest nawet: „co jeszcze mam zrobić dla Pana Boga?”, ale: „czego wreszcie pozwolę Mu mnie pozbawić?”. I właśnie o tym mówi ofiarowanie – Offertorium.

Łatwo patrzeć na Offertorium jako na obrzęd przede wszystkim kapłański: kapłan bierze hostię, podnosi ją, przygotowuje i ofiaruje kielich, błogosławi kadzidło. Ale nie jest to tylko obrzęd kapłana. Historycznie związane były z nim również procesje z darami – oczywiście nie takie, jakie podobno „przywróciła” nowa liturgia, ale to nie czas na wykład z historii liturgii. Pewną pozostałością składania darów jest również taca. Już to pokazuje, że Ofiarowanie dotyczy całego Kościoła. Jeszcze wyraźniej widać to w modlitwach. Kapłan mówi: „Ofiarujemy Ci, Panie, kielich zbawienia, i błagamy łaskawość Twoją…”. Zobaczcie: „Ofiarujemy” – liczba mnoga. Kapłan jest przedstawicielem Kościoła i składa dary w imieniu wiernych, a oni dokonują z nim pewnego współofiarowania. Stąd właśnie liczba mnoga. W Mszy uroczystej diakon, jako przedstawiciel wiernych, dotyka kielicha z kapłanem i razem odmawiają tę modlitwę.

Tutaj dochodzimy do kapłaństwa wiernych. Jeśli jest zdrowo rozumiane, jest to nauka jak najbardziej tradycyjna. Jesteś kapłanem na mocy chrztu. Oczywiście nie jest to kapłaństwo sakramentalne. Nie możesz konsekrować ani sprawować Ofiary Mszy Świętej, ale przez chrzest zostałeś wezwany do kultu i składania ofiary. Do kultu, bo twoim powołaniem jest oddawanie chwały Panu Bogu przez udział w Ofierze Mszy Świętej i przez modlitwę. Ale zostałeś też wezwany do ofiary. Jakiej?

Idąc przez nasze rozważania Mszy za chwilę kapłan powie: „Módlcie się, bracia, aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg Ojciec wszechmogący”. Nie mówi: „naszą wspólną”, jakby ofiara kapłana i wiernych była tym samym – takie rozumienie byłoby błędne. Mówi: „moją” – czyli Ofiarę Mszy Świętej, Ofiarę Baranka Bożego, Ofiarę Krzyżową – i „waszą”, czyli nasze ofiary duchowe.

Co więc ofiarujemy? Najpierw modlitwę. Dlatego tak czytelny jest symbol kadzidła: modlitwa wznosi się ku Bogu. Święci ciągle wskazywali na fundament życia duchowego: prosty, zwyczajny… pacierz. I tutaj naprawdę ważniejsza jest regularność niż długość. Nie trzeba zadręczać się długimi modlitwami, jeśli nie pozwalają na to czas, siły czy obowiązki stanu. Trzeba jednak modlić się regularnie i walczyć o tę regularność. Lepiej modlić się krócej, ale wiernie każdego dnia, niż podejmować wielkie postanowienia, obiecywać sobie że teraz codziennie odmówię 3 różańce, które po kilku dniach znikają.

Dawni mistrzowie życia duchowego dobrze wiedzieli, że życie wewnętrzne buduje się nie na porywach, ale na wierności. Dlatego warto mieć swoje minimum, którego nie negocjuję ze swoim humorem: rano pacierz i ofiarowanie dnia, wieczorem rachunek sumienia, określony czas modlitwy myślnej, różaniec albo jego część. Kiedy mam dobry dzień – zrobię więcej. Kiedy mam fatalny dzień – przynajmniej nie zrobię mniej niż to, co postanowiłem.

Kolejna ofiara to post i jałmużna. Pan Jezus mówi, że niektóre złe duchy można wygonić tylko modlitwą i postem. Post i jałmużna są więc również formą duchowego kultu. Dzisiaj o tym właściwie się zapomina. O jałmużnie mówi się niewiele, a posty niemal usunięto. Pod karą grzechu mamy właściwie te śmieszne posty, które nakłada aktualny Kodeks Prawa Kanonicznego. Ale przecież możemy od siebie wymagać więcej. Musimy od siebie wymagać. Ogromnie pożyteczne byłoby zachowywanie chociaż części, jeśli nie wszystkich, tradycyjnych postów. Możemy również podjąć post jednorazowo, w konkretnej intencji. Tak samo z jałmużną. Dzielmy się tym, co mamy. Dzieje Apostolskie pokazują, jak pierwsi chrześcijanie dzielili się ze sobą, idąc za nauką Chrystusa. I jałmużnę także możemy ofiarować w konkretnej intencji.

Trzeba jednak pamiętać o jednej bardzo tradycyjnej zasadzie: nie szukajmy wielkich umartwień, zaniedbując małe ofiary, które Pan Bóg sam nam codziennie podaje.* Matka* nie musi wymyślać sobie nadzwyczajnej pokuty, jeżeli może cierpliwie po raz dziesiąty odpowiedzieć dziecku. Mąż może czasem złożyć większą ofiarę, odkładając telefon i słuchając żony, niż odmawiając kolejną modlitwę kosztem obowiązków. Najpierw obowiązek stanu. Potem umartwienia dobrowolne.

Możemy ofiarować trudy i cierpienia. Nie chce mi się iść na Mszę. Nie chce mi się modlić. Pojawia się lenistwo, zmęczenie, rozproszenia. To wszystko może stać się ofiarą. Jeszcze trudniejsza jest jednak ofiara z miłości własnej: umieć ustąpić, nie zezłościć się, nie buntować, nie atakować.

I tutaj trzeba powiedzieć o czymś, co jest niestety także grzechem naszych środowisk. Ilu ludzi byłoby dzisiaj razem z nami po stronie prawdy katolickiej i Tradycji Katolickiej, gdyby nie zachowanie wielu tradycjonalistów? Ilu byłoby na Mszach, ilu na naszej pielgrzymce, gdyby nie duch buntu i ataku? Pan Bóg dał ci skarb poznania tradycyjnej Mszy Świętej, więc szatan będzie próbował zniszczyć ten apostolat. I niekoniecznie zrobi to przez odebranie ci Tradycji. Może zachęcić cię do buntu, do walki w internecie, do wyzywania wszystkich od modernistów, masonów i Żydów. Wtedy człowiek, który po raz pierwszy zetknie się z Tradycją, zobaczy nie jej piękno, ale naszą złość. I to tak naprawdę dotyczy każdego wierzącego, jak często słyszałem od młodych, że po co mają wierzyć, skoro babcia odmawia różańce a jest w domu jędzą. Po co chodzić do kościoła, skoro sąsiadka chodzi codziennie, a jest straszną mędą.

Oczywiście czasami trzeba wskazać błąd. Prawdy nie wolno ukrywać. Ale o wiele częściej trzeba wskazywać na dobro. Dzielmy się świadectwem. To, co potrafią robić dzisiejsze wspólnoty, przekujmy na nasz apostolat. Mówmy, co dała nam Tradycja Katolicka, jak nas przemieniła, uczyniła lepszymi, zbliżyła do Pana naszego Jezusa Chrystusa i rozbudziła miłość. Dzielmy się przede wszystkim pięknem i dobrem, które jest w Tradycji.

Czasami największą ofiarą składaną za Tradycję będzie nie napisanie kolejnego komentarza. Nie każda dyskusja na Facebooku jest Lepanto, a nie każdy przeciwnik jest flotą turecką.

Być może Pan Bóg nie pyta mnie dziś przede wszystkim: „czy wygrałeś spór?”, ale: „czy ten człowiek po spotkaniu z tobą bardziej zapragnął Mnie poznać?”. Można mieć rację i przez sposób jej wypowiedzenia zasłonić Prawdę, której się broni.

Jest jednak jeszcze coś – najdoskonalsza ofiara. Święty Paweł pisze: „Dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”. Czy Ofierze Chrystusa czegoś brakuje? Oczywiście, że nie. Ofiara Chrystusa jest doskonała i została utrwalona aż do końca świata we Mszy Świętej. Chrystus jednak zechciał, abyśmy my, jako członki Jego Mistycznego Ciała, składali ofiarę ze swego życia. Mamy przyłączać się do Ofiary Chrystusa, która została złożona za nas. To jest powołanie całego Kościoła – powołanie do składania ofiary. Stąd tylu męczenników i tylu ludzi cierpiących dla Pana Jezusa. To jest zarazem wielka nowość i wielki trud chrześcijaństwa: twoje życie może stać się ofiarą.

I tutaj wracamy do samego gestu Offertorium. Kapłan podnosi hostię. Ofiarowanie oznacza również oddanie. Kapłan podnosi dar, oddaje go Bogu. I dokładnie to samo mamy zrobić z naszym życiem: wszystko oddać w Jego ręce. Kiedy jest pięknie, każdy potrafi powiedzieć: „Bądź wola Twoja”. Gorzej, kiedy dzieje się nam krzywda, tracimy pracę, ktoś umiera, biskup nas nie rozumie, papież krzywdzi nas dokumentami. Ileż wtedy pojawia się w nas złości, jadu i buntu. A właśnie wtedy najbardziej potrzeba oddać wszystko w ręce Pana Boga. Nie oznacza to bierności ani zgody na zło. Można działać, bronić prawdy, protestować przeciwko niesprawiedliwości, ale ostatecznie trzeba umieć powiedzieć: „Panie Boże, zrobiłem, co mogłem. Teraz oddaję to Tobie”.

W modlitwach Offertorium pojawiają się też niezwykłe słowa: „hostia nieskalana”, „kielich zbawienia”. A przecież na ołtarzu jest jeszcze chleb i wino. Konsekracja dopiero nastąpi. Kapłan czyni jednak znak krzyża nad darami, bo Offertorium, będąc wstępem do Ofiary Kalwaryjskiej, już prowadzi hostię ofiarną na krzyż. Prosper Guéranger pisał, że „myśl kapłana sięga dalej niż chwili obecnej; myśli on o hostii, która będzie na ołtarzu po konsekracji”. Kościół nie patrzy więc na chleb i wino tylko oczami czasu, ale niejako oczami wieczności. Widzi już to, czym staną się po konsekracji.

I tutaj dotykamy niezwykłej prawdy: na Mszy Świętej nie ma zwykłego czasu. Wykraczamy poza czas. Kalwaria wydarzyła się dwa tysiące lat temu, a jej Ofiara staje się sakramentalnie obecna na ołtarzu. Liturgia patrzy niejako już na hostię przemienioną. Podobnie możemy patrzeć na nasze ofiary. Jeżeli już teraz oddamy Panu Bogu nasze modlitwy, pracę, cierpienia i czyny, mogą one dzięki zasługom Chrystusa nabrać wartości dla wieczności.

Dlatego tak piękną praktyką jest uprzednie ofiarowanie wszystkich naszych czynów. To jedna z podstawowych modlitw świętych: modlitwa ofiarowania. Ofiarowanie wszystkich działań, słów, myśli, całego dnia Panu Bogu. To oznacza sto procent oddania, a więc sto procent miłości. Całe nasze życie powinno stać się jednym wielkim Offertorium.

Postarajmy się więc od tego zaczynać dzień: od ofiarowania wszystkich spraw, które nas czekają. Możemy zrobić to własnymi słowami albo nauczyć się jednej z tradycyjnych modlitw ofiarowania dnia. Możemy rano powiedzieć po prostu: „Panie Boże, ofiaruję Ci wszystkie moje modlitwy, prace, radości, cierpienia, słowa, myśli i czyny tego dnia. Wszystko, co mnie dziś spotka, oddaję Tobie”.

A wieczorem można przez dwie minuty zapytać: „Co dzisiaj naprawdę położyłem na patenie?”. Czy przyjąłem choć jedną przykrość bez szemrania? Czy odmówiłem sobie czegoś? Czy komuś ustąpiłem? Czy przebaczyłem? Czy poniosłem cierpliwie swój obowiązek? Wtedy rachunek sumienia przestaje być tylko listą grzechów. Staje się także pytaniem o ofiarę.

Wtedy podczas Mszy Świętej, kiedy kapłan będzie podnosił hostię, będziemy mogli naprawdę dołączyć do niej własną ofiarę. Kiedy będzie ofiarował kielich zbawienia, możemy ofiarować nasze cierpienia. Kiedy kadzidło będzie wznosiło się ku górze – naszą modlitwę. A kiedy kapłan powie: „Módlcie się, bracia, aby moją i waszą ofiarę przyjął Bóg Ojciec wszechmogący”, będziemy już wiedzieli, czym jest ta „wasza” ofiara: moją modlitwą, moim postem, moją jałmużną, moim wyrzeczeniem, walką z lenistwem i gniewem, cierpieniem, pracą, apostolatem, walką o Tradycję bez utraty miłości – całym moim życiem.

Bo Offertorium nie powinno kończyć się wraz z Mszą Świętą. Każdego dnia mamy swoje własne Offertorium. Każdego dnia możemy coś położyć na patenie naszego życia i powiedzieć: „Panie Boże, wszystko, czym jestem, wszystko, co mam i wszystko, co mnie dziś spotka – oddaję Tobie”. I wtedy całe życie chrześcijanina staje się jednym wielkim Offertorium złożonym Panu Bogu.

Ale Offertorium jest dopiero początkiem. Nie wystarczy położyć dar na ołtarzu. Dar zostaje złożony po to, aby stał się ofiarą. Za chwilę rozpocznie się Kanon. Cisza. Konsekracja. Kalwaria. Dzisiaj pytaliśmy: co położysz na patenie? W następnej katechezie trzeba będzie postawić pytanie jeszcze trudniejsze: czy pozwolisz Panu Bogu zrobić z twoją ofiarą to, co On zechce?

Kanon – pozwolić się przemienić

Wchodzimy teraz w to, co we Mszy Świętej najważniejsze. Tak samo będziemy wchodzić to co w naszym życiu najważniejsze. Wszystko zostało przygotowane. Materia mszalna – chleb i wino – została przygotowana, poświęcona i oddana Panu Bogu. W Offertorium staraliśmy się wraz z nią ofiarować także samych siebie: nasze modlitwy, cierpienia, pracę, cały dzień, całe życie. Teraz chcemy, aby dokonał się wielki cud Przeistoczenia. I tutaj zaczyna się druga część naszej duchowej drogi. W Offertorium pytaliśmy: co jestem gotów oddać? Teraz pytanie jest trudniejsze: co jestem gotów pozwolić Panu Bogu przemienić? Bo można Panu Bogu coś ofiarować, a potem bardzo dokładnie określić, co Mu wolno z tym zrobić. „Panie Boże, oddaję Ci moje życie – ale proszę niczego w nim nie zmieniać”. Tymczasem prawdziwa ofiara zaczyna się tam, gdzie przestaję tylko dawać i pozwalam Bogu działać. I dlatego liturgia jakby prowadzi nas coraz wyżej, odrywając stopniowo od tego, co ziemskie, aż doprowadzi nas do samego centrum Ofiary.

Zaczyna się Prefacja. Jeden z najbardziej uroczystych i radosnych śpiewów całej Mszy Świętej. Prefacja powinna nas wręcz porwać, jak jakiś miłosny hymn skierowany ku Panu Bogu. Nie bez powodu w historii liturgii nieraz właśnie tutaj sytuowano początek Kanonu. Prefacja jest bowiem dla nas wejściem do Świętego Świętych. Kapłan śpiewa Pan z Wami – Dominus vobiscum, ale już się do nas nie odwraca. Dlaczego? Jakby wstąpił na święty obłok. Jak Mojżesz, który wstępował na górę Synaj. Jest już zajęty tylko ołtarzem, tylko tym, co za chwilę ma się wydarzyć. Po Prefacji zapadnie cisza. Kapłan zwróci się ponownie ku wiernym dopiero przed Komunią. I warto wtedy zadać sobie proste pytanie: a my? Czy również jesteśmy już zajęci tylko Nim?

Człowiek potrafi przez czterdzieści minut śledzić, czy ktoś odpisał mu na wiadomość, ale pięć minut ciszy przed Panem Bogiem wydaje się już doświadczeniem pustelniczym.

Gdzie są nasze myśli podczas Mszy Świętej? Czy naprawdę przeżywamy ją jako najwyższą formę oddania czci Panu Bogu, nasze spotkanie z Nim, pewien miłosny dialog stworzenia ze Stwórcą? Czy może Msza stała się dla nas jedynie obowiązkiem, deklaracją ideową albo pięknym rytuałem, który lubimy ze względu na jego formę? Można przecież kochać tradycyjną liturgię, zachwycać się śpiewem, szatami, kadzidłem i ceremoniami, a równocześnie przeoczyć Tego, dla którego to wszystko istnieje. Skupmy się więc na Ofierze.

Oczywiście myśli odpływają. Każdy tego doświadcza. Wtedy bardzo pomaga dobre przygotowanie do Mszy Świętej: chwila ciszy wcześniej, modlitwa, świadome przypomnienie sobie, gdzie jestem i co zaraz ma się wydarzyć.

I jeszcze jedna ważna rzecz: rozproszenie samo w sobie nie jest klęską modlitwy. Klęską byłoby dopiero dobrowolne pójście za nim. Kiedy zauważysz, że przez dwie minuty planowałeś zakupy, rozmowę albo spór z kimś, nie rób z tego tragedii. Spokojnie wróć do Pana Boga. Dawni mistrzowie życia duchowego radzili właśnie tak: nie złościć się na siebie, nie analizować każdego rozproszenia, ale łagodnie i wytrwale odnawiać uwagę. Czasem najlepszą modlitwą jest pięćdziesiąt razy wrócić do Pana Boga.

I podobnie jest z całym naszym życiem. Szkoła, praca, rodzina, obowiązki. Chrześcijaństwo nie polega na tym, że mamy przez 24h na dobę odmawiać modlitwy. Mamy wypełniać przykazania, obowiązki własnego stanu i zachowywać ducha ofiarowania trudów, cierpień i niedogodności. Ale za tym wszystkim stoi jedno zasadnicze pytanie: czy Pan Bóg naprawdę jest na pierwszym miejscu?

I właśnie wtedy pada wielkie wezwanie Prefacji: Sursum corda – W górę serca! Słowa i gest kapłana wyrażają tęsknotę za Niebem, pragnienie całkowitego oddania się Panu Bogu. „W górę serca” – czyli oderwij je od ziemi. A gdzie właściwie jest twoje serce? Pan Jezus mówi: gdzie jest twój skarb, tam będzie i twoje serce. Jeśli twój skarb jest w Niebie, serce ciągnie cię ku górze. Jeżeli wszystko, czym żyjesz, znajduje się na ziemi, wtedy ziemia będzie ciągnęła cię w dół. Można powiedzieć, że po Zmartwychwstaniu każdy pójdzie tam, dokąd przez całe życie ciągnęło go jego serce. Dlatego Sursum corda nie jest tylko krótką odpowiedzią liturgiczną. To pytanie o kierunek całego naszego życia.

Dlatego życie duchowe wymaga czasem świadomego odcinania małych przywiązań. Nie wszystko, co jest dozwolone, musi mnie posiadać. Jeśli nie potrafię przeżyć dnia bez telefonu, kawy, komentarzy w internecie, czyjejś aprobaty albo ciągłego sprawdzania wiadomości, warto czasem powiedzieć sobie: „dzisiaj nie”. Nie dlatego, że ta rzecz jest zła. Dlatego, że chcę sprawdzić, czy to ja ją posiadam, czy ona posiada mnie.

Za chwilę słyszymy: Gratias agamus Domino Deo nostro – Dzięki składajmy Panu Bogu naszemu. Im bardziej oderwiemy się na tę chwilę od wszystkiego innego, im bardziej skupimy się na Panu Bogu, tym bardziej nasze serce może stać się naprawdę wdzięczne. Prefacja jest wielkim śpiewem dziękczynienia. I znowu warto zapytać: czy ty Panu Bogu dziękujesz? Jak łatwo jest prosić. Kiedy przychodzi nieszczęście, choroba, problem, natychmiast umiemy wołać: „Panie Boże, pomóż!”. A jak trudno zatrzymać się wtedy, gdy jest dobrze, i powiedzieć po prostu: „dziękuję”.

Popatrz czasem na cudowność swojego życia, na dobro, którym Pan Bóg cię obdarzył. Nie patrz tylko na własne braki. Dla Boga jesteś kimś wyjątkowym, obdarowanym niezliczoną liczbą Jego darów. Ile łask otrzymałeś tylko dzisiaj? Za ile rzeczy nigdy nie podziękowałeś, bo stały się tak zwyczajne, że przestałeś je zauważać? Dlatego tak piękna jest praktyka rachunku sumienia według świętego Ignacego Loyoli, który rozpoczyna się właśnie od dziękczynienia. I dobrze, żeby również nasz wieczorny pacierz zawierał taki rachunek sumienia: nie tylko „co zrobiłem źle?”, ale także „co Pan Bóg uczynił dzisiaj dla mnie?”

Prefacja kończy się radosnym Sanctus, Hosanna in excelsis. I nagle wszystko się zmienia. Po uroczystym śpiewie zapada cisza. Zaczyna się Kanon. To moment, w którym naprawdę warto zostawić wszystko inne. Jak Mojżesz przed krzewem gorejącym usłyszał: „Zdejm sandały, bo ziemia, na której stoisz, jest ziemią świętą”, tak samo można powiedzieć o tym momencie Mszy Świętej. Zostaw inne sprawy. Zostaw inne myśli. Wchodzimy na ziemię świętą. I może właśnie cisza Kanonu przypomina nam coś, co dzisiaj prawie całkowicie utraciliśmy: człowiek duchowy potrzebuje ciszy. Nie tylko ciszy w kościele. Ciszy w domu. Ciszy bez słuchawek. Ciszy bez muzyki. Ciszy bez ekranu. Bo jeśli przez cały dzień karmimy umysł hałasem, nie dziwmy się, że na modlitwie nie potrafi się zatrzymać. O samym Kanonie można byłoby zrobić całe rekolekcje, dlatego zatrzymamy się tylko przy kilku myślach.

Kanon ma niezwykle piękną budowę. W samym jego sercu i na jego szczycie znajduje się Przeistoczenie, a wokół niego układają się kolejne modlitwy. Kościół stopniowo prowadzi nas ku temu największemu cudowi, a później prowadzi nas od niego dalej, pokazując owoce Ofiary.

Kanon rozpoczyna Te igitur. Kapłan głęboko pochylony mówi: „Ciebie przeto, najmiłościwszy Ojcze, pokornie i usilnie błagamy przez Jezusa Chrystusa, Syna Twego, Pana naszego…”. To jest wołanie i błaganie o przyjęcie daru. Z jednej strony ogromne zaufanie: zwracamy się przecież do „najmiłościwszego Ojca”. Z drugiej – ogromna pokora, wyrażona również przez głębokie pochylenie kapłana. I znowu pytanie do nas: czy my potrafimy się tak modlić? Z ufnością, a równocześnie z pokorą? Czy umiemy stanąć przed Panem Bogiem niemal „czołgając się u Jego stóp”, wiedząc, kim On jest i kim jesteśmy my, a jednocześnie całkowicie Mu się oddając?

I wtedy okazuje się, że do tego wielkiego cudu nie idziemy sami. Kanon obejmuje właściwie cały Kościół: Kościół na ziemi, żywych, świętych, zmarłych, nas – grzesznych – a w pewnym sensie całe stworzenie. Msza Święta jest źródłem, z którego spływają łaski przemieniające świat. Dlatego jest też najdoskonalszym sposobem ofiarowania Panu Bogu naszych intencji.

W Memento wspominamy żywych. Kanon mówi: „Za nich to składamy Ci tę ofiarę chwały i oni sami Tobie ją zanoszą za siebie oraz wszystkich swoich, w intencji odkupienia dusz swoich, w nadziei zbawienia i pomyślności, modły też swoje ślą do Ciebie, Boga wiecznego, żywego i prawdziwego”. Zobaczmy, jak piękna jest to myśl: łask Mszy Świętej nie pragniemy tylko dla siebie. Możemy włączać w tę Ofiarę innych. To jest prawdziwy duch ofiary.

Włączenie do Ofiary Mszy Świętej naszych bliskich, krewnych, przyjaciół, aby sprowadzić na nich łaski, jest prawdziwym aktem miłości. Może warto spróbować każdą Mszę Świętą przeżywać za kogoś. Albo podczas kapłańskiego Kanonu zrobić własne Memento: pomyśleć o konkretnych osobach, przedstawić je Panu Bogu, oddać Mu rodzinę, przyjaciół, tych, którzy cierpią, tych, którzy odeszli od wiary. Nie musisz wtedy wypowiadać wielu słów. Wystarczy: „Panie Boże, daję Ci ich wszystkich. Ty wiesz, czego potrzebują”. Zadajmy sobie pytanie jak często codziennie modlimy się za innych, za rodziców, za chorą babcię, za przyjaciółkę, która nam ze łzami opowiadała o problemach z chłopakiem… Warto mieć stałą listę kilku osób, za które modlimy się codziennie. Rodzina. Zmarli. Ktoś chory. Ktoś, kto odszedł od wiary. Kapłani. I jeden człowiek trudny. To może być trzydzieści sekund dziennie. Ale regularna modlitwa uczy serce wychodzić poza siebie.

Dochodzi potem Hanc igitur: „Prosimy Cię przeto, Panie, abyś łaskawie przyjął tę ofiarę od nas, sług Twoich, jak również od całego ludu Twego, a dni nasze raczył pokojem swym napełnić, od potępienia wiecznego nas uchronić i do grona wybranych swoich zaliczyć. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen”.

Zwróćmy uwagę, o co Kościół prosi. Najpierw o pokój. Ale o prawdziwy pokój Boży, nie o pokój taki, jaki rozumie świat. Dzisiaj dla świata „pokój” bardzo często oznacza po prostu święty spokój. Nikomu się nie sprzeciwiaj. Wszystko zaakceptuj. Mów tylko to, co miłe. Nie stawiaj trudnych wymagań. I taki sposób myślenia wkrada się również do Kościoła. Tymczasem my prosimy o pokój Boży, czyli przede wszystkim o pokój z Panem Bogiem: o życie w Jego łasce, o zachowywanie Jego przykazań, o uporządkowanie własnego życia według Jego woli. My chcemy Pokój Boży, czyli pokój z Bogiem, zachowywanie jego przykazań! Oczywiście nie chodzi o mącenie dla samego mącenia, o kłótnie, złość i nieustanne wojny. Chodzi o to, żeby ponad samozadowolenie i święty spokój zawsze stawiać Pana Boga.

A zaraz potem prosimy o coś jeszcze poważniejszego: aby zachował nas od potępienia wiecznego i zaliczył do grona swoich wybranych. W kilku zdaniach Kanonu zostaje więc postawiony przed nami właściwie cały cel naszego życia: żyć w pokoju z Bogiem, uniknąć wiecznej zguby i dojść do Nieba.

I wtedy dochodzimy do Przeistoczenia. Do największego cudu. Materia chleba i wina zostaje przemieniona w Ciało i Krew Zbawiciela. Patrzymy, zachwycamy się tym, co Pan Bóg zrobił z naszymi materialnymi darami. Przynieśliśmy zwyczajny chleb i wino, a On daje nam samego siebie.

Patrzcie! Bóg ofiaruje się za was.

Ale ten cud nie ma przemienić jedynie chleba i wina. Ma przemienić także nas. Właściwie cała Msza Święta do tego zmierza. Modlitwy prowadzące ku szczytowi przygotowały nas na Przeistoczenie, a modlitwy następujące później będą pokazywały jego owoce. Mamy wyjść ze Mszy Świętej inni. Mamy zostać odmienieni przez tę Ofiarę, przez cud, którego byliśmy świadkami, przez łaski, które z niej wypływają. Ale co właściwie znaczy „inni”? Nie chodzi o to, że po każdej Mszy mamy przeżywać emocjonalne uniesienie. Przemiana może być bardzo zwyczajna: będę cierpliwszy, powstrzymam obmowę, łatwiej ustąpię, wykonam zaniedbany obowiązek. Dawni mistrzowie życia duchowego często zachęcali do szczegółowego rachunku sumienia i pracy nad jedną konkretną wadą. Nie próbuj naprawić całego życia w jeden poniedziałek. Wybierz jedną rzecz. Gniew. Obmowę. Niecierpliwość. Lenistwo w modlitwie. Nadmierne korzystanie z telefonu. Przez miesiąc szczególnie ją obserwuj, módl się o przeciwną cnotę, wieczorem sprawdzaj, kiedy upadłeś i kiedy zwyciężyłeś.

I dlatego tak ważne jest Nobis quoque peccatoribus – „Nam również, grzesznym sługom Twoim…”. Widzieliśmy jakby Niebo. Wszystko mogło nas poruszyć. Serce zatęskniło za Bogiem. Wiemy, że mamy się odmienić. Trochę jak święty Piotr na górze Tabor. Pan nasz Jezus Chrystus przemienił się wobec uczniów, ukazał im swoje bóstwo i Piotr tak zachwycił się tym widokiem, że chciał rozstawiać namioty i zostać na górze.

Ale trzeba zejść z Taboru. I to jest jedna z najważniejszych zasad życia wewnętrznego. Nie mierzymy swojej relacji z Panem Bogiem tym, czy podczas modlitwy coś czujemy. Można wrócić z rekolekcji zachwyconym. Można wzruszyć się podczas pięknej Mszy. Można płakać przy Komunii. Ale prawdziwy sprawdzian przychodzi następnego dnia rano, kiedy niczego się nie czuje i trzeba zwyczajnie wstać, odmówić pacierz i wykonać obowiązki.

Nasze myśli wracają na ziemię. Do Kościoła walczącego. Do codzienności. Do pokus, grzechu, słabości, różnych ataków. I właśnie wtedy kapłan mówi: „Nam również, grzesznym sługom Twoim…”

To bardzo ważne. Po całej wzniosłości Kanonu nie możemy wyjść z przekonaniem o własnej wielkości. Trzeba przyznać się do słabości i prosić Pana Boga, abyśmy nie zmarnowali szansy na przemienienie samych siebie. Trzeba też pamiętać, że im bliżej jesteśmy Boga, tym większy może pojawiać się atak. Im poważniej zaczniemy żyć duchem ofiarowania, tym mocniej mogą przychodzić pokusy, zniechęcenie, trudności.

Dlatego Kościół nie kończy Kanonu pewnością siebie, ale nadzieją pokładaną w miłosierdziu: „Pokładając nadzieję w ogromie miłosierdzia Twego (…) prosimy Cię, dopuść nas do ich grona nie jako sędzia zasługi, lecz jako dawca przebaczenia”.

My również za chwilę zejdziemy z naszego Taboru. Wrócimy do codzienności, do obowiązków, ludzi, którzy nas denerwują, trudności, pokus i własnych słabości.

Może więc po tej katechezie zabierzmy trzy proste rzeczy.

Po pierwsze: codziennie kilka minut ciszy przed Panem Bogiem.

Po drugie: jedna konkretna wada, nad którą pracuję.

Po trzecie: jedna osoba, za którą szczególnie się modlę – zwłaszcza jeśli trudno mi ją kochać.

To niewiele. Ale jeśli będziemy temu wierni, Msza Święta naprawdę zacznie wychodzić z kościoła razem z nami. I dlatego na końcu pozostają dwa pytania.

Czy jesteśmy poruszeni tym cudem?

I jeszcze ważniejsze:

czy jesteśmy przez tę Ofiarę przemienieni?

Bo jeśli Pan Bóg podczas Mszy Świętej może przemienić chleb i wino w Ciało i Krew Zbawiciela, to przez łaskę tej samej Ofiary może przemienić również nasze serca.

Trzeba Mu tylko na to pozwolić.

Ale przemiana nie jest jeszcze końcem. Pan Bóg nie tylko chce wziąć nasze życie i je przemieniać. Chce jeszcze czegoś więcej: chce się z nami zjednoczyć. Dlatego po Kanonie przyjdzie Komunia. Offertorium mówiło: oddaj się Bogu. Kanon mówi: pozwól Bogu się przemienić. Komunia postawi ostatnie pytanie: czy pozwolisz Chrystusowi żyć w sobie?

Komunia Święta – przyjąć owoc Ofiary

Ofiarowaliśmy Panu Bogu chleb i wino. Wraz z nimi ofiarowaliśmy także samych siebie. Następnie dary zostały przeistoczone. To, co złożyliśmy na ołtarzu, Pan Bóg przemienił. Teraz zaś następuje niejako ruch odwrotny: zaczynamy otrzymywać. Kapłan jak Mojżesz schodzący z góry wraca do ludu z darem, z owocem Przymierza. Zbliżamy się do momentu przyjęcia owoców Ofiary, czyli do Komunii Świętej. W Offertorium pytaliśmy: co jestem gotów oddać Panu Bogu? W Kanonie: co pozwolę Mu przemienić? Teraz pytanie jest jeszcze bardziej osobiste: czy naprawdę chcę Go przyjąć? Nie tylko przyjąć Hostię. Przyjąć Chrystusa. Z Jego wolą. Z Jego Ewangelią. Z Jego wymaganiami. Z Jego Krzyżem. Bo można otworzyć usta na Komunię, a jednocześnie bardzo szczelnie zamknąć przed Chrystusem pewne obszary własnego życia. I liturgia bardzo jasno pokazuje nam zarówno wielkość tej chwili, jak i sposób, w jaki mamy się do niej przygotować.

Pierwszym słowem tego przygotowania powinna być czystość. Oczywiście nie chodzi o to, żeby przed każdą Komunią stać się człowiekiem doskonałym. Gdyby Komunię mogli przyjmować tylko ludzie bez wad, kolejka do balasek byłaby bardzo krótka. Chodzi o serce, które nie chce trwać w grzechu; które walczy, żałuje i pozwala się oczyszczać. Świętość nie polega na tym, że człowiek nigdy nie upada. Polega między innymi na tym, że po upadku nie urządza sobie mieszkania na ziemi, tylko szybko wstaje. Trzeba usuwać, niszczyć i wykorzeniać wszystko, co oddziela nas od Pana Boga. Trzeba stawać się coraz bardziej wolnym od grzechu, złych przywiązań, namiętności i tego wszystkiego, co krępuje duszę. Dlatego w modlitwach przed Komunią Kościół prosi przede wszystkim o trzy rzeczy: o wybawienie od grzechu, o pokój Boży i o jak najgodniejsze przyjęcie Komunii.

W modlitwie Libera nos kapłan mówi: „Wybaw nas, prosimy Cię, Panie, od wszelkiego zła przeszłego, teraźniejszego i przyszłego…”. To niezwykła modlitwa, bo obejmuje właściwie wszystko, co może ograniczać naszą duchową wolność. Najpierw zło przeszłe. Mogą to być dawne grzechy, które wracają do nas w myślach, skłonności, jakie po nich pozostały, przywiązania czy nieodpokutowane kary. Dlatego Kościół zna nie tylko prostą pokutę nakładaną podczas spowiedzi, ale także modlitwy zadośćuczynienia i odpusty. Grzech został odpuszczony, ale jego skutki mogą wymagać jeszcze oczyszczenia. I dlatego nawrócenie nie kończy się zawsze na konfesjonale. Jeżeli kogoś obmówiłem, trzeba w miarę możliwości naprawić jego dobre imię. Jeżeli coś ukradłem – oddać. Jeżeli przez lata zaniedbywałem kogoś bliskiego – zacząć odbudowywać relację. Jeżeli wyrobiłem sobie przez grzech złe przyzwyczajenie – podjąć nad nim pracę. Rozgrzeszenie usuwa winę, ale miłość każe również naprawiać to, co można naprawić.

Jednocześnie bardzo ważne jest, żeby nie zadręczać się przeszłością. Jeżeli grzech został szczerze wyznany na spowiedzi i odpuszczony, to został odpuszczony. Czasami człowiek nazywa pokorą coś, co wcale pokorą nie jest. „Jestem taki zły, że Pan Bóg chyba nie może mi przebaczyć”. Tylko zauważmy, co właściwie wtedy mówimy: mój grzech jest większy niż miłosierdzie Chrystusa. To nie jest pokora. Pokora wierzy Panu Bogu również wtedy, kiedy On przebacza.

Jeżeli kapłan udzielił rozgrzeszenia, nie róbmy później z własnego sumienia sądu apelacyjnego nad sakramentem. Jeśli człowiek mimo to ciągle wraca do niego, myśli*: „może Pan Bóg jednak mi nie przebaczył”, „może jestem niegodny”, „może nie powinienem przystępować do Komunii”*, trzeba być ostrożnym. Jeżeli dawne, wyspowiadane grzechy powstrzymują cię od Komunii Świętej, może to być działanie szatana. Komunia jest przecież pokarmem na drodze do Nieba. Nie jest nagrodą dla ludzi idealnych, ale pokarmem dla tych, którzy żyją w łasce i chcą wzrastać.

Prosimy także o wybawienie od zła teraźniejszego: od aktualnych grzechów i pokus. Kościół na ziemi jest Kościołem walczącym. Dopóki żyjemy, walka się nie kończy. I wreszcie prosimy o wybawienie od zła przyszłego: od niebezpieczeństw i okazji do grzechu. Tutaj czasem sama modlitwa nie wystarczy. Trzeba również działać. Jeżeli wiem, że jakaś sytuacja, miejsce, relacja albo czynność stale prowadzi mnie do grzechu, trzeba się od niej odciąć. Nie wystarczy prosić: „Panie Boże, nie dopuść, abym upadł”, jeśli świadomie ciągle wchodzę w tę samą okazję do upadku. To jest bardzo stara zasada ascetyczna: z pokusą czasem trzeba walczyć, ale od okazji do grzechu często trzeba po prostu uciekać. Nie każdą bitwę wygrywa się heroicznym staniem naprzeciw przeciwnika. Czasem zwycięstwem jest zamknąć stronę internetową, przestać pisać z konkretną osobą, nie pójść w określone miejsce, nie brać telefonu do łóżka albo nie wdawać się w rozmowę, o której już wiemy, jak się skończy. Jeżeli dziesięć razy przewróciłem się na tym samym schodku, może oprócz modlitwy warto wreszcie zacząć na niego uważać.

Następnie kapłan modli się modlitwą Dómine Iesu Christe: „Panie Jezu Chryste, któryś rzekł Apostołom Swoim: Pokój zostawiam wam, pokój Mój wam daję; nie zważaj na grzechy moje, lecz na wiarę Kościoła Swego i według woli Swojej racz go darzyć pokojem i utwierdzać w jedności”. Znowu pojawia się pokój, ale nie chodzi o zwykły święty spokój. Pokój Boży oznacza najpierw pokój z Panem Bogiem: przestrzeganie Jego przykazań i unikanie grzechu. Następnie pokój z samym sobą: czyste sumienie i wierne wypełnianie obowiązków. Wreszcie pokój z bliźnimi: pojednanie, brak nienawiści, brak złego stosunku do drugiego człowieka. Dopiero taki pokój przygotowuje duszę na spotkanie z Chrystusem w Komunii Świętej.

Później przychodzi bardzo mocna modlitwa Percepcio Corporis tui…: „Panie Jezu Chryste, przyjęcie Ciała Twego, które ja niegodny ośmielam się spożyć, niech mi nie wyjdzie na sąd i potępienie…”. Liturgia każe nam tutaj pomyśleć również o straszliwym sądzie Bożym. I trzeba się tym przejąć. Rozważanie śmierci, sądu, Nieba i piekła przez wieki należało do podstawowych tematów katolickich rekolekcji. My także otrzymaliśmy wielki dar: dar poznania Tradycji Katolickiej. I trzeba zadać sobie pytanie: jak z tego daru korzystamy? Pan Bóg rozliczy nas z otrzymanych talentów. Im więcej człowiek otrzymał, tym większa jest jego odpowiedzialność. I dotyczy to również Tradycji. Jeżeli otrzymałem piękną liturgię, dostęp do dawnej duchowości, katechizmów, Ojców, brewiarza, Mszału – pytanie brzmi nie tylko: ile o tym wiem? Pytanie brzmi: czy dzięki temu jestem świętszy? Czy mam więcej cierpliwości? Więcej miłości do Pana Boga? Więcej miłosierdzia wobec ludzi? Czy łatwiej mi przebaczyć? Czy lepiej spełniam obowiązki? Tradycja, która powiększa tylko wiedzę, a nie powiększa miłości i świętości, została przez nas przyjęta tylko do połowy.

Ale tutaj potrzebna jest równowaga. Celem naszego życia jest Niebo, a nie piekło. Naszym powołaniem jest Niebo, a nie piekło. Dzisiaj o piekle rzeczywiście bardzo często się nie mówi. Ale w środowiskach tradycyjnych czasami można popaść w drugą skrajność: mówić o nim tak wiele i w taki sposób, że człowiek staje się zdołowany, wystraszony i smutny. Tymczasem Pan nasz Jezus Chrystus chce przede wszystkim pociągnąć człowieka ku sobie miłością, a nie samym strachem. Lęk przed potępieniem może być początkiem nawrócenia, ale dojrzałe życie chrześcijańskie ma prowadzić do miłości Boga. Na początku człowiek może unikać grzechu dlatego, że boi się piekła. I dobrze, jeśli ten lęk zatrzyma go przed złem. Ale z czasem powinien pojawić się motyw doskonalszy: „Nie chcę grzeszyć, bo nie chcę zranić Tego, którego kocham”. Dziecko może być posłuszne ojcu ze strachu przed karą. Syn dojrzewa wtedy, kiedy nie chce zasmucić ojca, bo go kocha.

Dlatego nie należy unikać Komunii Świętej bez powodu. Pan Bóg zna naszą ułomność. Nigdy nie będziemy tak godni przyjęcia Chrystusa, jak On sam na to zasługuje. Godne przyjęcie oznacza coś konkretnego: wierzyć w Realną Obecność, być w stanie łaski uświęcającej, żałować za grzechy, naprawdę pragnąć przyjęcia Pana Jezusa oraz okazywać tę wiarę i pragnienie zarówno wewnętrznie, jak i zewnętrznie. Święty Pius X bardzo mocno zachęcał do częstej Komunii Świętej. Unikanie Komunii jako rzekomy znak większej pobożności czy tradycjonalizmu nie jest prawdziwym tradycjonalizmem. Częsta Komunia nie może jednak oznaczać Komunii bezmyślnej. Można przyzwyczaić się nawet do rzeczy najświętszych. I dlatego trzeba pielęgnować pragnienie. Nie pytać tylko: „czy mogę dziś przystąpić?”, ale również: „czy naprawdę pragnę spotkać Chrystusa?”. Największym niebezpieczeństwem częstej Komunii nie jest jej częstotliwość, lecz rutyna.

A skutki Komunii Świętej są ogromne. Przypomnijmy sobie Zacheusza. Gdy Chrystus wszedł do jego domu, powiedział: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu”. Tak samo każde godne przyjęcie Chrystusa pozostawia w duszy skutek. Każda Komunia Święta godnie przyjęta, czyli przede wszystkim w stanie łaski, działa w duszy. Niegodna Komunia nie daje tych owoców, a jeśli człowiek przystępuje do niej świadomie w stanie grzechu śmiertelnego, sama staje się ciężkim grzechem i drogą do piekła. Godna Komunia jest natomiast jednym z największych skarbów, jakie możemy otrzymać.

Stopień owoców zależy jednak także od naszego przygotowania. Można powiedzieć: im większe naczynie przyniesiesz, tym więcej możesz zaczerpnąć. Im szerzej otworzysz okno, tym więcej światła wpadnie do środka. A jak powiększać naczynie? Przez pragnienie, skupienie, modlitwę, spowiedź, umartwienie, akty wiary i miłości. Święci nie mieli „innego Chrystusa” w Komunii niż my. Mieli często po prostu szerzej otwarte serca. Chrystus zawsze jest ten sam, ale nie każdy człowiek przyjmuje Jego łaskę w takim samym stopniu. Dlatego właśnie liturgia przed Komunią przygotowuje nas przez modlitwy o uwolnienie od grzechu, pokój Boży i godne przyjęcie Sakramentu.

Pan nasz Jezus Chrystus zechciał pozostać pod postacią chleba, abyśmy lepiej zrozumieli działanie Komunii Świętej. Pokarm daje życie i siłę. Podobnie Eucharystia umacnia w nas życie łaski, pomaga w walce z grzechem, osłabia złe skłonności i daje siłę do wybierania dobra. Jest jednak zasadnicza różnica. Zwykły pokarm przemieniamy w siebie. W Komunii to raczej my mamy być coraz bardziej przemieniani w Chrystusa.

I tutaj trzeba postawić sobie bardzo konkretne pytanie: jeżeli od lat przyjmuję Komunię Świętą, to czy mam w sobie coraz więcej Chrystusa? Czy jestem bardziej cierpliwy? Czy łatwiej przebaczam? Czy mniej obmawiam? Czy lepiej walczę z gniewem, pychą i innymi wadami?

Komunia nie działa magicznie. Pan Bóg daje nam ogromną łaskę, ale oczekuje naszej współpracy. Można przyjąć Chrystusa, a pięć minut później dobrowolnie wrócić do swojego gniewu. Można otrzymać siłę do przebaczenia, a potem nadal pielęgnować urazę.

Dlatego po Komunii warto zapytać: „Panie Jezu, co chcesz dzisiaj we mnie przemienić?”. Może owocem tej Komunii będzie jedno zwycięstwo nad złością, jedna powstrzymana obmowa, jedno przebaczenie, jeden dobrze wykonany obowiązek. I właśnie dlatego potrzebujemy częstej i godnej Komunii. Pokarm nie jest nagrodą za to, że człowiek jest silny. Pokarm jest po to, żeby człowiek nie osłabł.

Dawniej bardzo naturalną praktyką było wejść do kościoła choćby na kilka minut, jeśli przechodziło się obok. Warto ją odzyskać. Nie zawsze potrzeba półgodzinnej adoracji. Czasem trzy minuty przed tabernakulum mogą nadać właściwy kierunek całemu dniowi. Można wtedy powiedzieć tylko: „Panie Jezu, przyszedłem Cię pozdrowić. Pamiętaj o mnie, a ja chcę pamiętać o Tobie”.

Po przyjęciu Chrystusa pozostaje jeszcze coś, czego absolutnie nie wolno zaniedbać: dziękczynienie. Ono musi być. Od dziękczynienia po Komunii naprawdę bardzo dużo zależy. Święci przywiązywali do tych kilku czy kilkunastu minut ogromną wagę. Święty Filip Neri, widząc człowieka wychodzącego z kościoła od razu po przyjęciu Komunii Świętej, posłał za nim dwóch ministrantów z zapalonymi świecami. Gdy człowiek wrócił zdziwiony, święty wyjaśnił mu, że skoro przyjął Ciało Pańskie, niesie w sobie samego Chrystusa i dlatego należy mu się taka sama cześć, jak Najświętszemu Sakramentowi niesionemu w procesji. A przecież właśnie wtedy mamy w sobie sakramentalnie obecnego Chrystusa. Nie muszą to być zawsze długie i skomplikowane modlitwy. Mogą to być krótkie akty strzeliste: „Panie Jezu, kocham Cię”, „dziękuję”, „zostań ze mną”, „oddaję Ci siebie”. Dlatego, jeśli tylko obowiązki na to pozwalają, nie uciekajmy z kościoła natychmiast po Mszy. Zostańmy choć pięć czy dziesięć minut. Nie trzeba czytać pięciu stron modlitewnika. Czasem lepiej powiedzieć jedno zdanie i potem milczeć.

Zwróćmy uwagę na modlitwę Quod ore sumpsimus. Nie ma tutaj wielkich, podniosłych hymnów ani ogromnych deklaracji. Kapłan mówi bardzo prosto: „Cośmy ustami spożyli, daj, Panie, czystą przyjąć duszą”. To niezwykle realistyczne. Serce bezpośrednio po Komunii może rwać się do wielkich obietnic: „Panie Jezu, od dziś będę święty”, „już nigdy nie popełnię tego grzechu”, „od teraz wszystko będzie inaczej”. Ale emocje ostygną. Trzeba więc ten dar naprawdę przyjąć i wprowadzić go w życie. Dlatego bardzo dobrą praktyką jest wynieść z Komunii jedno małe postanowienie. Nie: „od dzisiaj zostaję świętym”. Raczej: „dzisiaj nie będę narzekał”. „Dzisiaj zadzwonię do tej osoby”. „Dzisiaj przez godzinę odłożę telefon”. „Dzisiaj nie odpowiem złością”. „Wieczorem zrobię rachunek sumienia”. Pan Bóg nie wymaga, żebyśmy po każdej Komunii zakładali klasztor. Czasem wystarczy, żebyśmy po powrocie do domu byli trochę mniej nieznośni.

Nasze codzienne życie musi być przemienione przez Komunię Świętą. Centrum naszego życia powinno być eucharystyczne. I tutaj potrzebne są raczej proste, konkretne postanowienia niż wielkie deklaracje: częstsza, godna Komunia Święta, Komunia duchowa, adoracja Najświętszego Sakramentu, nawiedzenie kościoła. To proste rzeczy, ale właśnie one pozwalają żyć blisko Chrystusa eucharystycznego.

Podobną myśl rozwija modlitwa Corpus Tuum: „Ciało Twoje, Panie, które spożyłem, i Krew, którą przyjąłem, niech przylgnie do wnętrza mego, i spraw, by nie pozostała we mnie zmaza grzechowa, posilił mnie bowiem czysty i święty Sakrament”. Kontynuuje to pragnienie aby być cały czas przy Eucharystycznym Chrystusie, Ofiarować mu siebie, swój czas, swoje życie. Jakbyśmy prosili: „Panie Jezu, przylgnij do wnętrza mego. Nie pozwól mi już odłączyć się od Ciebie”. Nie przez grzech. Nie przez zapomnienie o Tobie. Nie przez zaniedbanie Komunii Świętej. Nie przez zaniedbanie pobożności eucharystycznej. Chcemy, żeby Eucharystia nie była jedynie wydarzeniem kilku minut, ale żeby Chrystus naprawdę stał się centrum naszego życia.

I wreszcie Postkomunia podsumowuje cały ten ruch, jedna z nich brzmi: „Panie, niechaj przyjęcie tego Sakramentu oczyści nas z grzechu i doprowadzi do Królestwa Niebieskiego”. Właśnie to jest nasz cel: Królestwo Niebieskie. A drogą do niego jest Ofiara Mszy Świętej: przez łaski, które z niej płyną, przez cuda, których jesteśmy świadkami, i przez naukę, jak żyć „duchem ofiarowania” – oddać się Panu Bogu, pozwolić Mu się przemienić i przyjąć Jego dary.

Ofiarujmy całe nasze życie, a Pan Bóg je przemieni i sprawi, że wyda wielkie owoce. Spróbujmy więc zapamiętać trzy gesty duchowe. Offertorium: rano oddaj Panu Bogu swój dzień. Kanon: w ciągu dnia pozwól Mu przemieniać cię przez obowiązki, trudności i ludzi. Komunia: żyj z otrzymanej łaski i wracaj do Chrystusa pamięcią i modlitwą.

Wtedy Msza nie będzie godziną wyrwaną z życia. Całe życie zacznie układać się według Mszy. I tutaj dochodzimy właściwie do końca całego naszego rozważania. Zobaczyliśmy, jak ogromne bogactwo znajduje się w samych tekstach liturgicznych. One nie są tylko dodatkiem do ceremonii. Uczą nas duchowości i ascetyki. Pokazują, jak się modlić, jak ofiarować swoje życie, jak walczyć z grzechem, jak przyjmować łaskę. Uczą nas ducha ofiarowania.

Starajmy się więc naprawdę wprowadzać w życie te proste rady. Nie bierzcie jednak z tej pielgrzymki dziesięciu postanowień. Wybierzcie trzy. Jedno związane z modlitwą, jedno z umartwieniem i jedno z Eucharystią. Na przykład: rano ofiarowanie dnia; przez miesiąc szczególna walka z jednym grzechem lub wadą; po każdej niedzielnej Mszy pięć minut dziękczynienia. I pilnujcie ich bardziej niż pięknych emocji z pielgrzymki. I może warto również częściej samemu rozważać teksty liturgiczne. Nie tylko stałe części Mszy Świętej, jak Kanon, ale również teksty zmienne każdego dnia: antyfony, modlitwy, przepiękne kolekty. Można z nich zaczerpnąć ogromnie dużo dla codziennego życia duchowego.

Kochajmy liturgię. Święta Teresa od Jezusa miała powiedzieć: „Za każdą najmniejszą ceremonię kościelną tysiąc razy gotowa jestem śmierć ponieść”. Uczmy się śpiewu – naprawdę każdy może nauczyć się śpiewać, jeśli będzie ćwiczył, nawet ja. Uczmy się znaczenia obrzędów. Dzisiaj mamy ogromny dostęp do książek, opracowań i komentarzy, więc nie jest to już wiedza tajemna dostępna wyłącznie dla specjalistów.

Pius XI zaznaczał, że istnieje „silna więź między dogmatem a świętą liturgią, między kultem chrześcijańskim a uświęceniem wiernych”. I właśnie to jest niezwykle ważne. Życie Mszą Świętą, modlitwa Mszą Świętą i poznawanie Mszy pomagają nam trzymać się wiary katolickiej, poznawać ją coraz lepiej, a w efekcie także uświęcać się i rozwijać życie duchowe. Dom Gaspar Lefebvre OSB ujmował to bardzo prosto: „Obrzędy uczą wiary katolickiej. Wierni mają znać liturgię, aby znać wiarę”.

Niech więc życie Mszą Świętą i duchowością liturgiczną stanie się podstawą naszej duchowości. Nie chodzi jedynie o to, byśmy chodzili na tradycyjną Mszę Świętą. Chodzi o coś więcej: abyśmy nią żyli. Aby Offertorium uczyło nas ofiarować siebie. Kanon – pozwalać się Panu Bogu przemieniać. A Komunia – przyjmować Jego dary i naprawdę nimi żyć.

Bo jeśli Msza Święta kończy się dla nas wraz z ostatnim znakiem krzyża, to jeszcze nie nauczyliśmy się w pełni nią żyć. Liturgia ma wyjść z nami z kościoła.

Ma przemienić całe nasze życie.

Kiedy więc za chwilę skończy się ta pielgrzymka, niech nie skończy się razem z nią to wszystko, czego tutaj doświadczyliśmy. Wrócimy do domu, pracy, rodziny, trudnych ludzi, zwyczajnych obowiązków. I właśnie tam okaże się, czy naprawdę nauczyliśmy się Mszy Świętej.

❦

Relacja i galeria z VII pielgrzymki Wszystkie edycje